Oczywiście miejsce niesamowite, ale ... jak na Birmę to wyjątkowo upierdliwi sprzedawcy pocztówek i obrazków malowanych piaskiem, a do tego turyści autokarowi - mnie się nie podobało
A jeżeli "Bagan żyje" - to polecam Mrauk U
Podobnie jak o Bagan - samo miejsce super, ale ludzie już nie tacy jak w mniej odwiedzanych rejonach. Do tego wpada się w "turystyczne koleiny" - w zasadzie nie ma innego wyjścia jak zwiedzać to wszystko, co zwiedzają inni, po sznureczku .... A kobiety "z długimi szyjami" stojące przed sklepem z pamiątkami - masakra!!!
Rewelacja. Polecam zostać jeden dzień, zanim się ucieknie w góry, i pospacerować po miasteczku, a przede wszystkim po okolicznych wioskach. Wszystko jest tu autentyczne, ludzie fantastyczni i nawet te dwa czy trzy stoiska z pamiątkami na targu jakoś tak się dobrze prezentują. Gorąco polecam, zarówno Kalaw jak i treking nad Inle.
Absolutnie najlepsze miejsce w jakim byliśmy w Birmie. Zarówno ludzie miejscowi jak i nielicznie spotykani turyści są zupełnie inni - nie zepsuci kasą, nie goniący za następnym zdjęciem. Zarówno sama podróż do i z MraukU, lepszy niż w Sittwe klimat, spacery po osnutych mgłą wzgórzach usianych pagodami, a nawet nieco komercyjna, ale zdecydowanie sympatyczna wycieczka do wiosek Chin - wszystko to sprawia, że pobyt jest naprawdę niezapomniany! Polecam Prince Hotel (ten sam, sympatyczny właściciel co hotelu w Sittwe, ale standard zdecydowanie lepszy!)
Równie co MraukU podobało nam się tylko w Taungoo - tyle że Taungoo tylko dla ludzi, a nie pejzaży - polecam Myanmar Beauty Gest House 2 lub 3 - pracownicy i śniadania są SUPER!
Generalnie syf i nic ciekawego do zwiedzania .... ale za to nie ma turystów, a ci którzy są są po prostu fajni (pod warunkiem że nie nocują w drogich hotelach, tylko w - delikatnie mówiąc - wymagającym odświeżenia Prince Hotel). Oczywiście miejsce to jest bramą do MraukU, ale warto się przejść po jego bocznych uliczkach, chociażby po to, aby być atrakcją turystyczną dla miejscowych dzieci ....
Samo miasto - nic nadzwyczajnego, poza smrodem. Za to Shwedagon rekompensuje wszystko - jest absolutnie niesamowity, zwłaszcza wieczorem. I - co zaskakujące - w zasadzie nie komercyjny - w każdym razie mniej niż Częstochowa. Można spokojnie spacerować, nikt nie próbuje nic sprzedać i nawet jakoś mało turystów się kręci.
Ciekawy też jest bazar, choć chyba bardziej mi się podobało na ulicy przed wejściem do samej hali bazaru. Poza tym wrażenie robią komisariaty milicji - otoczone zasiekami i workami z piaskiem, ale z napisem "May I help You" ... cała Birma, z jej tragedią, w jednym zdaniu.
Shwedagon warto zobaczyć jednak na końcu pobytu w Birmie - po tym miejscu żadna inna pagoda, stupa czy klasztor nie robi już takiego wrażenia.
Zaskakując o NIE przyjemne miejsce - zamiast tygodnia na plaży, uciekłam po jednym dniu. Hotele kilkunastopiętrowe górują nad całą wyspą, między nimi jakoś tak dziwnie wyglądają malownicze kolonialne wille - ci z Unesco chyba tu nie byli! Hotele są drogie, a jak znalazłem coś taniego, to się bałem wejść do środka - a byłem po Birmie. Na szczęście szybko zwinęliśmy się na Langkawi. Jak ktoś szuka kameralnych bungalowów na plaży - zdecydowanie odradzam Penang!
Ja przyleciałem tu uciekając z Penang i sam fakt, że nie ma na wyspie drapaczy chmur, a jedynie niewielkie hoteliki czy bungalowy, spowodował nasz zachwyt. Generalnie sami turyści i sklepiki z pamiątkami, a do tego nie ma gdzie nurkować (a jak jest to drogo) - ale na poleżenie na plaży i pokręcenie się po wyspie nieprzyzwoicie tanimi samochodami na nieprzyzwoicie taniej benzynie - jako odpoczynek po intensywnej wyprawie ;) - jest OK.
Jest kilka ciekawych miejsc - Bird Park i pozostałe parki, market z wyrobami prawie oryginalnymi wszystkich marek świata na Petaling Street, Central Market w China Town (zaskakująco fajne rękodzieło za przyzwoitą jak na duże miasto cenę). Bez szału, ale jak się czeka na samolot, to w "hotelu" nie warto siedzieć.