Jeśli ktoś nie może lub nie chce iść na treking to ludzie z gór schodzą we czwartek (jeśli dobrze pamiętam)do miasteczka na targ.
Właściciel hotelu zaprowadził nas do szkoły mnichów.Oglądaliśmy bursę i pomieszczenia do nauki.
Szczególnie zejście ścieżką z góry do miasteczka pośród pięknych widoków,przez wioskę,ok.2-3 godz.na luzie,posiadywanie w knajpkach z ludżmi na herbatce.
Jeśli się pójdzie o świcie można wchodzić na teren świątyni Kuthodaw Paya, zwanej największą księgą Ziemi (na kamiennych płytach zapisana jest cała, złożona z piętnastu ksiąg Tripitaka)bez opłat,nie ma ludzi.Wracając do hotelu spotkaliśmy akurat żebrzących mnichów.
Sama świątynia ciekawie położona i to wszystko co mogę dobrego powiedzieć o tym miejscu.Każą chodzić,jak to w świątyni,bez butów.Natomiast wszędzie pełno odchodów małpich.Małpy niekiedy agresywne.Momentami baliśmy sie,że nas pogryzą lub zadrapią.Niby święte,a miejscowi odganiali je od nas kamieniami.
Samo miasteczko już robi się typowo turystyczne z dużymi hotelami(2005).Aż strach pomyśleć co będzie za kilka lat.Lecz nieuczęszczane zaułki,gdzie można dopłynąć łódką,gdzie nie chodzą turyści i żyją miejscowi-urocze.Jez.Inle,miasteczka na wodzie,świątynia Phaung Daw Oo-fantastyczne.Świątynia ze skaczącymi kotami przereklamowana!
Trzeba było gdzieś przenocować w drodze do Mandalay.świątynia taka sobie.Nic ciekawego.
Największa światynia w Birmie -Shwedagon-imponująca.Pagoda Sule umiejscowiona na ruchliwym rondzie-taka sobie.Park z jeziorkiem i pałacem królewskim-przyjemny.Stara,pokolonialna zabudowa Rangunu to jeden wielki bazar-ciekawa.