To miejsce po prostu TRZEBA odwiedzić. Bierzcie tuk-tuka za 10-12 USD na cały dzień, albo rowery za psi grosz i jedźcie na małą pętlę. Po tym, co na niej zobaczycie, duża pętla nie jest już tak spektakularna i ciekawa. Angkor to Mount Everest paradoksów: 1000 lat temu pradziadowie współczesnych Kambodżan wznieśli tu perłę średniowiecznej architektury, a dzisiaj ich prawnuki mieszkają w prymitywnych chatach z liści palmowych...
Przejście graniczne z Wietnamem (po stronie wietnamskiej Moc Bai) na głównym szlaku transportowym między Phnom Penh a Ho Chi Minh. Spory ruch, ale odprawa z reguły przebiega dość gładko. E-visa do Kambodży działa bez zarzutu :)
Przejście graniczne na głównym szlaku transportowym pomiędzy Siem Reap a Bangkokiem (po stronie tajlandzkiej Aranyaprathet). Nie dajcie sobie wcisnąć ciemnot o jakichkolwiek dodatkowych opłatach manipulacyjnych, medycznych, czy podatkowych. W styczniu 2011r. nie było też problemu z uzyskaniem wizy 'on arrival' z Kambodży do Tajlandii - procedura przyznania wizy trwała nie dłużej, niż 10 minut.
Dobra baza wypadowa do zwiedzania Angkoru. Nowoczesne miasto z hotelami, restauracjami, barami i bazarami. Niskobudżetowcy powinni poszukać hosteli na uboczu - my mieszkaliśmy w Jasmine Hostel po 4,5 USD za łóżko w 2-osobowym pokoju.
Duże, w miarę nowoczesne miasto. Warto zwiedzić Pałac Królewski i Srebrną Pagodę, przejść się po Sisowath Quai, pojechać do S-21 Tuol Sleng i na Pola Śmierci. Nie warto odwiedzać Wat Phnom - mała, niefotogeniczna, taka sobie. Tuk - tukowcy po drodze na Pola Śmierci podrzucają turystów na strzelnicę, na której za 350 USD można huknąć z wyrzutni pocisków przeciwpancernych. Targi i bazary są nieszczególnie ciekawe, chyba że polujecie na odzież sportową, plecaki i inne takie. Unikajcie podróży tuk - tukiem w godzinach szczytu. Kurz i spaliny odbierają jakąkolwiek motywację do zwiedzania miasta :).
Zdecydowanie nie zgadzam się z opinią Łucji. Hanoi oczywiście trzeba zobaczyć, ale to Sajgon jest bardziej stołeczny, wyluzowany, atrakcyjny turystycznie. Koniecznie wynajmijcie hotel w Dystrykcie 1 - już samo podpatrywanie życia lokalsów w ciasnych uliczkach o różnych porach dnia i nocy daje niezłą frajdę. Co warto zobaczyć w HCMC? Neokolonialną architekturę, Muzeum Pamiątek Wojennych, katedrę Notre Dame, Pałac Ponownego Zjednoczenia, pagody, bazary. Jedźcie też na 1 dzień do delty Mekongu, wybierając najtańszą wycieczkę z oferty (te droższe będą obejmowały dodatkowe pseudoatrakcje, jak 15-minutowa przejażdżka rowerem po jakichś chaszczach, albo wizyta w pasiece, gdzie dadzą Wam przez chwilę potrzymać plaster miodu z pobzykującymi pszczołami). Tunele Cu Chi też są mocno przereklamowane - znacznie bardziej podobały mi się podobne atrakcje w DMZ (strefie zdemilitaryzowanej) k. Hue.
A ja upieram się przy wycieczce jednodniowej - i to niekoniecznie za 15 USD. Spora część tzw. atrakcji ładnie wygląda na zdjęciach w folderach, a rzeczywistość sobie... Na przykład wycieczka rowerowa po okolicy, w trakcie której mieliśmy kontemplować wiejskie krajobrazy i podpatrywać życie okolicznych mieszkańców ograniczyła się do krótkiej przejażdżki zdezelowanymi jednośladami z przystani do restauracji (stan techniczny rowerów był tak opłakany, że część osób zdecydowała się iść pieszo). Wizyta w pasiece? Zaprowadzono nas do sklepu pod wiatą, posadzono przy stoliczkach, poczęstowano naparstkiem herbaty i opowieścią o leczniczych właściwościach produktów pszczołopochodnych, które oczywiście można było nabyć na miejscu za nieprzyzwoitą cenę. Byliśmy też w fabryczce papieru ryżowego i cukierków z orzecha kokosowego. Pięć minut prezentacji, how it's made, a potem kwadrans na zakupy... Jeśli traficie na odpływ - to główna atrakcja - czyli przejażdżka łodzią wiosłową po wąskich kanałach delty - nie przyniesie Wam spodziewanych doznań wizualnych. Lustro wody opada o 1 - 1,5 metra, odkrywając błotniste brzegi, pokryte tonami śmieci... Reasumując - trzeba przyjechać, ale odradzam kilkudniowy pobyt w tym miejscu.
Warto odwiedzić stolicę Wietnamu po to, by zanurzyć się w odmętach Azji. Naj... naj... w Hanoi to niewątpliwie życie ulicy. Mięsko z chodnika, warzywka z nosidełka, chodnikowe miniknajpki dla lokalsów, fryzjerzy z jednym krzesełkiem, wyszczerbionym lusterkiem i zardzewiałymi nożyczkami, stragany z pieczonymi psami i wężami, jednoosobowe zakłady rzemieślnicze typu 'krawaty wiążę, usuwam ciążę', a ponad tym wszystkim stada pierdzących motorków i kakofonia klaksonów :). Białasy, które dopiero co wysiadły z samolotu, przechodzą tu pierwsze pasowanie na globtrotera. Jak pokonać ulicę na zielonym świetle i nie dać się zabić? Czy można tu znaleźć 'europejski' sklep z półkami i cenami na produktach? Jak się targować, żeby nie wyjść na miękkiego frajera? Jak orientować się w labiryncie uliczek, których nie ma na mapie? Naprawdę niezły klimacik :).
Małe, klimatyczne, warte zobaczenia. Na starówce przytłaczające pogłowie białasów w przeliczeniu na metr kwadratowy :(. Niezła plaża za miastem. Mógłbym tu wrócić, ale nie dłużej, niż na 2 dni.
Samo miasto zostało odbudowane po zniszczeniach wojennych, więc nie ma w nim nazbyt wiele do zwiedzania. Cytadela na słabą czwórkę, pagoda Thien Mu na czwórkę, grobowce cesarskie na piątkę (proponuję trzy największe, potem wszystko zaczyna się mieszać). Rejs Rzeką Perfumową poleciłbym swoim wrogom :). Koniecznie pojedźcie na wycieczkę do strefy zdemilitaryzowanej - są tam fajne tunele, niezłe muzeum i klimatyczne wybrzeże. Zdecydowanie ciekawiej, niż w przereklamowanym Cu Chi k. Sajgonu.
Mui Ne to najbardziej rosyjski z wietnamskich kurortów. Wszędzie słychać język naszych słowiańskich braci, neony pobłyskują cyrylicą, ceny szybują w kosmos (rosyjscy nuworysze szastają pieniądzem, rozbestwiając tubylców i psując rynek). Wietnamczycy zasadniczo nie odróżniają polskiego od rosyjskiego; dopiero stanowczość w negocjacjach cenowych skłania ich ku pytaniom o kraj pochodzenia :). Wspaniałe plaże poza miastem, piękne wydmy (białe na szóstkę, złote na mocną czwórkę), świetny czerwony kanion (warto przejść się do samego końca) i równie fantastyczny przełom Fairy Stream (tego nie wolno sobie odpuścić!). Wioska rybacka koniecznie wcześnie rano, kiedy kutry przywożą połów. Spróbujcie owoców morza w lokalnych restauracjach - kilogram małży 3 zł, kilogram krabów 7 zł, homary dość drogie - kilogram 75 zł. Wszystko świeże, przyrządzane na Waszych oczach. Dla hardkorów wódka z krwią i bijącym sercem węża :).
Nie polecam. Po tym, co widziałem w tunelach znajdujących się w DMZ (byłej strefie zdemilitaryzowanej) k. Hue, Cu Chi po prostu mi się nie podobało. W DMZ można więcej zobaczyć pod ziemią (boksy mieszkalne, magazyny broni, izby szpitalne, toalety, prysznice, zamaskowane wyjścia z tuneli itp.), w Cu Chi ciekawiej prezentuje się ekspozycja naziemna (wilcze doły najeżone bambusowymi szpikulcami, zmyślne kryjówki, zapadnie, kawałki drewna z powbijanymi gwoździami, spadające znienacka na nieświadomych niczego żołnierzy, którzy przemieszczając się po dżungli zwolnili jakąś zamaskowaną blokadę). Byłem w obu miejscach, drugi raz pojechałbym do DMZ.
Duży, nowoczesny kurort w środkowym Wietnamie. W pierwszym szeregu od plaży hotele typu Sheraton, czy Hilton, dwie przecznice dalej hoteliki na każdą kieszeń. Warto wydać kilka dolarów na całodzienną wycieczkę statkiem z postojem na okolicznych wysepkach. Nie liczcie na to, że pływając z maską i rurką zobaczycie rafę koralową. Trzeba wykupić nurkowanie w kombinezonie, z profesjonalnym sprzętem i asystą instruktora. Zdecydowanie nie polecam wizyty w oceanarium - ot wielki betonowy okręt z kilkoma akwariami w środku. Lepiej odwiedźcie bazar w Nha Trang - duży wybór towarów 'highest quality' made in China & Vietnam :).
Główne przejście graniczne na szlaku komunikacyjnym z HCMC do Phnom Penh. Duży terminal z organizacją odpraw na poziomie wczesnego Gierka (trzeba opuszczać autobus i z bagażami w ręku defilować do kontroli celno - paszportowej po stronie wietnamskiej i powtarzać tę procedurę po stronie kambodżańskiej). Wjeżdżając do Kambodży przestawcie zegarki o jakieś 100 lat do tyłu - właśnie trafiliście do Królestwa Bambusowych Chat :).
Duże przejście na granicy z Kambodżą. Nie warto się tu zatrzymywać. Wracając z Siem Reap do Bangkoku bez problemu można otrzymać wizę 'on arrival' i jest to bodaj jedyne przejście lądowe, które oferuje taką możliwość.
OK, choć po wrażeniach, jakie funduje Wielki Angkor Ajuttia nie robi już tak oszałamiającego wrażenia. Uważajcie na tuk - tukowców i innych cwaniaków, którzy umawiając się na świadczenie usług transportowych mówią Wam o 8-10 miejscach i tłumaczą, że wycieczka potrwa 3 godziny, potem wiozą Was do watów położonych blisko siebie w samym centrum, oferują półgodzinną przejażdżkę na słoniach, a po trzech godzinach oznajmiają, że czas wycieczki minął i trzeba dopłacić za dojazd to punktów znacznie oddalonych od centrum, do których trudno byłoby dojść pieszo. Bądźcie panami tej podróży i w pierwszej kolejności stanowczo domagajcie się odwiedzin w najdalej położonych świątyniach. Resztę w razie czego zwiedzicie sobie sami, spacerując po centrum bez pomocy tych zdzierców :).
Stolica Tajlandii to smok z 9 milionami mieszkańców i niezliczonymi tabunami przybyszów z całego świata. Wysiadasz z samolotu w XXII wieku - lotnisko Suvarnabhumi jest kosmicznie nowoczesne, przeogromne - po prostu na dzień dobry zwala z nóg :). Jeśli chcecie lecieć z przesiadką, to zarezerwujcie sobie co najmniej 4 godziny zapasu. Samo przejście z samolotu do odprawy celno - paszportowej, następnie do punktu odbioru bagaży i dalej do terminala odlotów pochłania co najmniej 40 minut. Po opuszczeniu klimatyzowanego lotniska zwali się na Was żar i wilgotność, więc przebierzcie się w lotniskowym kiblu w coś lekkiego, żebyście po chwili nie kąpali się we własnym pocie. Dojazd z lotniska do centrum miasta taksówką za ok. 500 BHT, albo klimatyzowanym autobusem miejskim za ok. 30 BHT (najpierw 10-15 min. darmowym shuttle busem z najniższego poziomu - przystanek po prawej stronie od wyjścia - do centrum transportowego, potem ok. 1 godz. autobusem miejskim; dojazd do Khao San Road z przesiadką, konduktorka powie, gdzie należy wysiąść; łączny koszt przejazdu autobusem na Khao San to 75 BHT). Szukajcie tanich hotelików w bocznych uliczkach od Khao San (niektóre z nich mają po 1,5 szerokości). Odległość rzędu 200-300 metrów da wyczuwalną ulgę Waszym portfelom (noclegi w klimatyzowanej dwójce z prywatną łazienką nie powinny wynieść więcej, niż 250-300 BHT za łóżko). Życie nocne toczy się wokół Khao San Road - macie tu knajpy, puby, salony masażu... Jeśli chcecie robić zakupy koszulkowo - pamiątkowe, to lepiej wybierzcie się tuk - tukiem za ok. 50 BHT do któregoś z dużych domów towarowych, np. MBK. Koszulka na Khao San po kilkuminutowych targach ze sprzedawcami kosztuje 180 BHT, a w MBK można ją nabyć za 99 BHT. To samo dotyczy różnych pamiątek - figurek, świeczników, obrazków itp. Zwiedzajcie w pierwszej kolejności Pałac Królewski i inne atrakcje szczegółowo wyliczone w przewodnikach. Żeby z językiem na brodzie obejrzeć podstawowe atrakcje Bangkoku, trzeba w nim spędzić co najmniej 5 dni. Powodzenia :)
Świetne miejsce na 2-3 dniowy odpoczynek od wielkomiejskiego Bangkoku. Pakujecie się w autobus na północnym albo południowym terminalu autobusowym w BKK i po ok. 2,5 godziny podróży za ok. 115 BHT wysiadacie w Kanczanaburi, rozciągającym się wzdłuż rzeki Kwai. Weźcie moto-taxi, albo jeśli nie macie ze sobą ciężkich bagaży - idźcie piechotą możliwie blisko rzeki w stronę centrum. Hostele w Kanczanaburi koncentrują się w czterech miejscach. Dwie lokalizacje najbliżej dworca autobusowego są najtańsze, ale w pobliżu nie ma nic ciekawego - poza dwoma cmentarzami wojennymi, na które można rzucić okiem. Życie turystyczne zaczyna się dopiero od miejsca oznaczonego na mapie jako wieża ciśnień. Mieszkałem w Tamarind Guesthouse jakieś 300 m od wieży nad brzegiem rzeki Kwai - wejście wąską asfaltową dróżką obok marketu 7/11. Jest naprawdę uroczy - ma proste dormitoria na tratwach i skromne, czyste pokoje w budynku na skarpie, a także sympatyczny, zadaszony taras ze stołami i krzesłami oraz darmowy dostęp do Internetu. Nocleg w pokoju 2-osobowym: 450 BHT. Gorąco polecam wycieczkę do Erawan Waterfalls, dla miłośników historii ciekawa będzie również wyprawa szlakiem 'kolei śmierci' na Hellfire Pass, kończąca się przy moście na rzece Kwai.
Good guys go to heaven, bad guys go to Pattaya :). Dzień, góra dwa, potem nie ma tu czego szukać...