turysycznie fajne dużo ciekawych miejsc niestety sex turystyka abija prawdziwą tajlandzką kultur
Ko Samui - rajska wyspa, może trochę brudna, zaśmiecona i zabetonowana. Plaże i morze owszem ładne a dla nowicjuszy nawet zachwycające bo palmy i ciepłe morze ale na tym kończy się niestety lista zalet. Wyspa jest nieustannie zabudowywana lecz bez żadnej koncepcji czy planu. Nieustannie jeżdżą obskurne gruszki i leją beton nawet w nocy, ciągle coś się buduje, przy czym nawet w sezonie ilość wolnych miejsc przewyższa te zajęte przez turystów i wszystko na sprzedaż, tylko nikt rozsądny nie kupuje bo po co kupować coś co nigdy nie będzie moje (grunt nie może być własnością cudzoziemca) i do tego drożej, niż na lazurowym w sąsiedztwie slumsy z tego co zostało po budowie. Tylko nikt nie pomyślał choćby zabetonowaniu poboczy i zrobieniu tzw. chodników dla pieszych (bo przecież pieszy to istota ludzka nie wstępująca w Tajlandii, pieszo chodzą tu tylko bezpańskie psy lub podludzie), których nie ma nawet przy głównych drogach a pobocza zajmują zazwyczaj stragany, garkuchnie na motocyklu oraz sterty śmieci, bo na całej wyspie nie ma czegoś takiego jak publiczny kosz na śmieci, więc zdesperowani turyści muszą nosić plastikowy woreczek z i do najbliższego sklepu 7 eleven, bo tu kosze są. Ale Tajowie nie robią z tego problemu, wyrzucając wszystko co niepotrzebne gdzie popadnie. Tak więc piesze wycieczki poza plażą nie należą do przyjemnych a mogą skończyć się np. w szpitalu biorąc pod uwagę, iż tutejsi kierowcy widząc przeszkodę nawet nie zwalniają bo szkoda hamulców i paliwa, ani nawet nie ostrzegają sygnałem, tylko jeśli się da omijają a jeśli się nie da szpital i problemy ale dla pieszego, bo to on wkroczył na trajektorię pojazdu i maska wgięta lub szyba stłuczona, a tu pojazd a zwłaszcza nowa taczka z dużym silnikiem wyposażona w jedynie w klimę i radio, bo po co airbagi, przecież ich nie widać, zwana tu pickup-em to podstawowy wyróżnik statusu społecznego. Cóż turyści są bogaci więc nie muszą chodzić pieszo więc po co chodniki. Poza tym chordy bezpańskich i pańskich psów przy drogach, przy czym te bezpańskie są zazwyczaj niegroźne w przeciwieństwie do tych drugich, a pogryzienie turysty może okazać się problemem nie dla właściciela psa a dla samego poszkodowanego bo z tubylcem lepiej nie zadzierać. O ile spotkanie z pieskiem zakończyć się może małą ranką to spotkanie z właścicielem wizytą w szpitalu. A policja w najlepszym wypadku nic nie wie a może okazać się, że agresorem nie był pies czy jego właściciel ale turysta, który pijany chciał przerobić biednego pieska na tajską potrawkę a jeśli przy tym obraził boskie popiersie bynajmniej nie Buddy ale jednej z ziemskich istot, trafi z pewnością wprost na długie lata do jednego z licznych słynnych tajskich spa, w których relaksują się ci turyści dla których tajska zupa była zbyt ostra. Odnośnie kuchni - zazwyczaj wszystko przygotowywane jest na oczach gościa - gdzieś w misce pod zlewem, gdzie zazwyczaj myje się ręce po wyjściu z toalety, czekają owoce morza ale szybciutko wprawne ręce kucharza, chili, trochę liści i potrawka gotowa. Potrawy serwuje się wg tajskiej tradycji na plastikowych talerzykach, ale bynajmniej nie jednorazowych ale długowiecznych, których żywot kończy się tylko wtedy, gdy przypadkiem trafią wprost do kuchennego ognia. Zasiada się w eleganckich również plastykowych krzesłach o kolorze zależnym tylko od wieku krzesła, które ponieważ ma małą szansę trafienia do kuchennego ognia służy wiecznie i nie boi się wandali, bo złamanie krzesła może skończyć się dla potencjalnego złoczyńcy złamaniem ręki przez właściciela a nogi przez ewentualnie interweniującego policjanta. Krzesłom towarzyszy ku zaskoczeniu nie plastykowy ale bambusowy stolik skrzętnie okryty oczywiście plastykowym obrusem zwanych u nas ceratą a plastykowemu talerzykowi i ku zaskoczeniu metalowa łyżka i aluminiowy widelec, który wg tajskiej tradycji nie służy bynajmniej spożywaniu posiłku ale nagarnianiu strawy na łyżkę, gdy omylnie spróbuje się odwrotnie widelec wygina się w ósemkę. Cóż jedzonko całkiem dobre jak ktoś lubi ogień w ustach, do tego dużo lodu i butelka lokalnego czegoś w rodzaju rumu zwanego przez tutejszych szumnie whiskey i wychodzimy bez uszczerbku na zdrowiu i z dobrym samopoczuciem, pod warunkiem, że nie zauważymy ile zapłaciliśmy za to przydrożne jedzonko. Jak zajrzymy na pewno nie zawstydzi nas wydawałoby się niska kwota należna miejscu zapłaconego rachunku. Zaś w nadmorskiej coś w rodzaju naszej smażalni (tutaj grilowni bo smażenie nie ekologiczne a olej palmowy to tutaj towar deficytowy), do której zaprasza nas naganiacz, który ku zaskoczeniu okazuje się również kelnerem, zamawiamy wymarzonego homara sądząc po cenie, której nie powstydziłaby się żadna knajpka na europejskiej riwierze, że będzie to wspaniały okaz, otrzymujemy wbrew tajskiej tradycji na może troszkę poobijanej ceramice, bo przecież skrupulatnie ręcznie mytej w cennej tu chłodnej wodzie a nie w jakiejś maszyno - wyparzarce, homarzyka, cóż się dziwić komary też są tu niewielki tylko gryzą dotkliwe podobnie jak rachunek z naszej knajpki. Ach zapomnieliśmy o butelce markowego gronowego wina z Europy, bo tutejsze robi się z longanu jak u nas z jabłek, choć warunki klimatyczne nie przeszkadzają uprawie winorośli, w cenie 3 godzin masażu, które okazuje się marką ekskluzywną u nas dla Biedronki czy Lidla. I na koniec długo oczekiwany masaż tajski w cenie lampki wina z Lidla z tutejszej smażalni i ku zaskoczeniu nie jesteśmy zaskoczeni rzeczywiście tajski lub rajski, w zależności od masażystki - te starsze robią tajski a młode i atrakcyjne prawdziwy rajski. Ale to już inny wątek i powód dla którego naprawdę warto odwiedzić wyspę i kraj tylko błagam bez towarzystwa a zwłaszcza współmałżonka i nie mam na myśli tylko Panów czy Panie, bo dla każdego coś się znajdzie, nawet na wyszukane gusta biuściasta laska z kutaskiem . I tym miłym akcentem kończę swoje opowieści z Ko Samui i Tajlandii.
Pierwsza wyspa jaką odwiedziłem w Tajlandii. Szkoda tylko, że 4 dni... Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno imprezowicze jak i chcący odpocząć w ciszy i spokoju.